Kolejna odsłona serii „Pipcia i Sekretna Mapa Kropelek”. Przeczytaj spokojną bajkę na dobranoc o Pipci, kropelkach rosy i bezpiecznym zasypianiu lasu.
Pipcia, mała leśna myszka, wysunęła nosek spod miękkiego listka paproci.
W lesie było cicho… bardzo cicho. Tak cicho, że można było usłyszeć, jak jedna kropla spada z końca trawy… kap… i znika w mchu.
Nocą padał deszcz. Nie głośny, nie straszny… tylko spokojny deszcz, który szeptał po liściach. Teraz wszystko pachniało świeżo. Ziemia była ciemna i miękka. Powietrze było chłodne, ale miłe dla noska. A nad Pipcią wisiał wielki liść łopianu, szeroki jak zielony parasol.
Pipcia przeciągnęła łapki.
– Dzień dobry, lesie… – szepnęła.
Liść nad nią lekko się poruszył. Z jego brzegu stoczyła się srebrna kropelka. Zatrzymała się na chwilę… zabłysła… i spadła tuż obok.
Pipcia mrugnęła.
Pod wielkim liściem, tam gdzie było trochę cienia, zobaczyła coś niezwykłego. Na płaskim kamyku leżały kropelki rosy. Nie były rozsypane byle jak. Układały się w cienką ścieżkę. Jedna kropelka za drugą… małe, okrągłe, błyszczące.
Wyglądały jak mapa.
Pipcia pochyliła się ostrożnie. Jej wąsiki dotknęły chłodnego powietrza nad kropelkami.
– To chyba droga… – powiedziała cichutko. – Tylko bardzo malutka.
Pierwsza kropelka świeciła najmocniej. Była okrągła jak perełka. Pipcia spojrzała na nią długo. Potem zrobiła jeden mały krok. I jeszcze jeden.
Nie spieszyła się. W lesie po deszczu nie trzeba było się spieszyć. Wszystko szło powoli. Ślimak przesuwał się po korze drzewa. Pajączek siedział nieruchomo w swojej mokrej sieci. Nawet wiatr odpoczywał między gałązkami.
Dokąd prowadziła pierwsza kropelka?
Kropelkowa mapa prowadziła Pipcię między źdźbłami trawy. Trawa była wysoka jak las dla myszki. Na jej czubkach wisiały małe kulki wody. Gdy Pipcia przechodziła obok, jedna dotknęła jej uszka.
– Och… zimne! – pisnęła, ale zaraz się uśmiechnęła.
To nie było niemiłe zimno. To było takie zimno, które mówiło: „Deszcz już się skończył. Jesteś bezpieczna”.
Pipcia szła dalej.
Za kamykiem, za dwoma miękkimi liśćmi i obok brązowego patyczka zobaczyła małą kałużę. Była okrągła i spokojna. Leżała w zagłębieniu ziemi, jak w malutkiej miseczce. Na jej powierzchni odbijał się kawałek nieba i jeden seny obłoczek.
Pipcia usiadła przy brzegu kałuży.
– To tutaj prowadziła mapa… – szepnęła.
Wyciągnęła łapkę. Dotknęła mokrej ziemi przy kałuży. Ziemia była miękka. Łapka lekko się w niej odcisnęła.
Pipcia patrzyła uważnie.
– Tu jest dołek – powiedziała powoli. – A w dołku jest woda.
Przypomniała sobie nocny deszcz. Krople spadały z nieba. Jedna… druga… trzecia… wiele kropli. Trafiały na liście, trawę i ziemię. Część wody wsiąkała w ziemię, czyli chowała się w niej powoli. Ale tutaj ziemia miała małe zagłębienie. Jak miseczka. Woda zebrała się w środku, bo nie mogła od razu zniknąć pod spodem.
Pipcia pokiwała główką.
– Kałuża powstaje tam, gdzie deszczowe krople spotykają ziemię… i zostają na chwilę.
Kałuża ani drgnęła. Tylko bardzo delikatnie zamrugała światłem.
Pipcia położyła obok niej drugi listek. Listek pływał cichutko po wodzie. Nie odpłynął daleko, bo kałuża była mała i spokojna.
– Masz łódeczkę – powiedziała Pipcia do kałuży.
Wtedy z trawy wyszła biedronka. Miała mokre kropki na plecach i wyglądała, jakby dopiero zdjęła deszczową kołderkę.
– Dzień dobry, Pipciu – mruknęła sennie. – Co znalazłaś?
– Mapę z kropelek – odpowiedziała Pipcia. – Przyprowadziła mnie do kałuży.
Biedronka podeszła bliżej i spojrzała w wodę.
– Widzę niebo… – powiedziała.
– A ja widzę, skąd się wzięła kałuża – dodała Pipcia. – Deszcz spadł z góry. Tu był dołek. Woda się zebrała. I teraz sobie odpoczywa.
Biedronka uśmiechnęła się tak spokojnie, jak potrafi się uśmiechać tylko biedronka o poranku.
Las robił się coraz bardziej senny
Słońce wspięło się trochę wyżej, ale świeciło miękko, jak przez cienką firankę. Kałuża powoli robiła się cieplejsza. Pipcia wiedziała, że później część wody wsiąknie w ziemię, a część uniesie się w powietrze tak lekko, że nikt jej nie zobaczy. Ale teraz woda była tutaj. Cicha. Bezpieczna. Potrzebna.
Pipcia zamknęła oczy i posłuchała.
Kap… kap…
To ostatnie kropelki spadały z liści.
Szszsz…
To trawa ocierała się o trawę.
Puk…
To mały żołądź zsunął się na mech i został tam wygodnie.
Pipcia poczuła, że jej łapki są trochę zmęczone po tej malutkiej wyprawie. Otrząsnęła je delikatnie z mokrej ziemi. Potem wróciła tą samą drogą, bardzo powoli. Kropelkowa mapa była już słabsza. Niektóre kropelki rozpłynęły się na kamyku. Inne błyszczały jeszcze chwilkę, jak małe lampki.
Pod wielkim liściem łopianu czekało jej posłanie z mchu. Było miękkie jak wata cukrowa, tylko zielone i pachnące lasem. Pipcia wsunęła się do środka. Przykryła się suchym brzegiem listka.
– Dobranoc, mapo… – szepnęła, choć był dopiero spokojny poranek. – Dobranoc, kałużo… odpoczywaj sobie w dołku.
Las odpowiedział jej ciszą.
A cisza była dobra. Ciepła. Znajoma.
Pipcia oddychała równo. Wdech… i wydech… Jej wąsiki poruszały się coraz wolniej. Oczka robiły się ciężkie. Gdzieś daleko biedronka schowała się pod liściem. Ślimak zatrzymał się na chwilę. Kałuża leżała spokojnie w swojej ziemnej miseczce.
I wszystko w lesie, nawet najmniejsza kropelka, zdawało się szeptać:
– Jesteś bezpieczna… możesz spać…
Weryfikacja redakcyjna i dźwiękowa: Redakcja Bajki Taty
Treść przygotowana w oparciu o wytyczne psychologii rozwojowej dla grupy wiekowej 4-6 lat.
