Wiek: 4-6 lat | Czas trwania: ok. 5 min | Cel: wyciszająca bajka na dobranoc

Zapraszamy do wysłuchania nowej opowieści z cyklu „Pimka i Leśny Zegar Pór Roku”. Przeczytaj ciepłą bajkę na dobranoc o Pimce, pąkach i spokojnym budzeniu się wiosny. To idealny sposób na spokojny wieczór.

Pimka spała zwinięta w swojej dziupli jak mała, ruda kuleczka. Miała nosek schowany w puszystym ogonku, a pod plecami miękki mech, suchy i ciepły. W dziupli było cicho. Bardzo cicho. Tylko od czasu do czasu drewno delikatnie trzeszczało, jakby stare drzewo przeciągało się przez sen.

Nagle Pimka poruszyła uszkiem.

Kap.

Kap.

Kap.

Otworzyła jedno oko. Potem drugie.

— Mhm… co tak cichutko tyka? — szepnęła miękko, jeszcze trochę senna.

Przez małe okienko dziupli wpadało jasne, łagodne światło. Nie było ostre. Głaskało ścianę dziupli jak ciepła łapka mamy. Pimka podniosła głowę i nasłuchiwała.

Kap, kap, kap.

To nie był zegar. W lesie nie było zegara. To śnieg, który leżał na grubej gałęzi, topniał powoli od słońca. Woda zbierała się w okrągłą kropelkę, błyszczała chwilę… a potem spadała na niższą gałąź.

Kap.

— Och… to ty, śnieżku — powiedziała Pimka z czułym uśmiechem. — Robisz się wodą.

Przeciągnęła łapki. Najpierw jedną. Potem drugą. Pazurki dotknęły miękkiego mchu. Wzięła spokojny oddech. W dziupli pachniało drewnem, suchymi liśćmi i odrobinką orzeszków, które schowała jesienią.

Pimka podeszła do wejścia bardzo powoli. Najpierw wysunęła nosek. Poczuła chłodne powietrze, ale nie było już takie szczypiące jak zimą. Było świeże. Pachniało mokrą korą i ziemią, która budziła się pod śniegiem.

— Dzień dobry, drzewo — szepnęła z ogromną czułością i położyła łapkę na korze.

Drzewo stało mocno. Jego pień był szeroki i spokojny. Pimka zawsze czuła się przy nim bezpiecznie.

Zielone maleństwa na gałązkach

Pimka wyszła ostrożnie na gałąź. Stawiała łapki powoli, jedna za drugą. Gałąź była wilgotna, więc Pimka trzymała się mocno pazurkami. Nie spieszyła się. W lesie też nikt się nie spieszył.

Nad nią słońce przesuwało się leniwie po niebie. Między drzewami wisiały ostatnie białe łatki śniegu. Tu i tam kapała woda.

Kap, kap.

Kap.

Pimka rozejrzała się i nagle zobaczyła coś malutkiego.

Na cienkiej gałązce, tuż obok jej noska, siedział zielony pąk. Był mały jak ziarenko grochu i miękko zaokrąglony. Wyglądał tak, jakby drzewo trzymało w nim jakąś tajemnicę.

— Aaa… kto tu się schował? — szepnęła Pimka bardzo delikatnie, żeby nie przestraszyć maleństwa.

Dotknęła pąka samym końcem łapki. Był chłodny, ale jędrny. Nie odpadł. Nie ukłuł. Tylko czekał.

Pimka przysunęła się bliżej. W pąku zobaczyła cienką kreseczkę. Jak maleńkie drzwiczki. A w tych drzwiczkach kryło się coś jeszcze bardziej zielonego.

— To listek — powiedziała cicho, z zachwytem. — Taki zwinięty, jak ja w ogonku.

Usiadła wygodnie na gałęzi. Ogon owinęła wokół siebie jak kocyk. Patrzyła. Oddychała spokojnie. Słońce świeciło coraz cieplej. Nie od razu. Powolutku. Najpierw ogrzało jej uszka. Potem grzbiet. Potem mokrą gałąź.

Pimka zauważyła, że krople spadają szybciej, gdy słońce mocniej grzeje.

— Mhm… kiedy jest cieplej, śnieg zmienia się w wodę — powiedziała do siebie łagodnie. — A kiedy śnieg znika, drzewo może obudzić listki.

Wiatr poruszył gałązkami. Był miękki i mały. Nie popychał Pimki. Tylko musnął jej futerko.

Na sąsiednim drzewie też były pąki. Jeden, drugi, trzeci. Cała gałąź miała zielone kropeczki. Jakby ktoś rozsypał po lesie cichą obietnicę.

Pimka patrzyła długo. Bardzo długo. Widziała, jak pąki robią się pełniejsze. Nie pękały nagle. Nie skakały. Po prostu rosły odrobinę, gdy ciepło je głaskało.

— Wiosna nie biegnie — szepnęła Pimka z uśmiechem. — Wiosna przychodzi na paluszkach.

Potem ziewnęła szeroko.

— Och… chyba ja też jeszcze trochę przyjdę na paluszkach do snu — mruknęła miękko.

Wróciła do dziupli tą samą gałęzią. Powoli. Bezpiecznie. Drzewo trzymało ją mocno, jak zawsze. W środku czekał mech, suchy i miękki. Pimka ułożyła się w kółeczko. Nosek schowała w ogonku.

Za okienkiem ciągle było słychać:

Kap.

Kap.

Kap.

Ale teraz Pimka wiedziała, co to znaczy. To nie był zwykły dźwięk. To było pierwsze, ciche tykanie wiosny.

— Dobranoc, pączki — szepnęła z wielką czułością. — Rośnijcie sobie powoli.

Słońce ogrzało jeszcze brzeg dziupli. Las oddychał spokojnie. Krople kapały coraz ciszej, jak kołysanka.

A Pimka zamknęła oczy i zasnęła bez pośpiechu, otulona ciepłem drzewa, miękkim mchem i pewnością, że wszystko budzi się wtedy, kiedy jest na to dobry czas.

Autor konceptu: Redakcja Bajki Taty
Weryfikacja redakcyjna i dźwiękowa: Redakcja Bajki Taty
Treść przygotowana w oparciu o wytyczne psychologii rozwojowej dla grupy wiekowej 4-6 lat.

Share.